10 лет власти Путина
[info]interlokutor



«Przy Putinie przestaliśmy się staczać w dół»

 

9. sierpnia minęło 10 lat rządów w Rosji Władimira Putina. W tym dniu w 1999 roku ówczesny prezydent Rosji Borys Jelcyn wyznaczył szefa FSB Putina na pełniącego obowiązki głowy rządu, nazwawszy go człowiekiem, który jest w stanie zabezpieczyć kontynuację reform.  Według sondażu « Lewada – Centrum », do osiągnięć Putina obywatele Rosji zaliczają podniesienie stopy życiowej i ekonomiczny rozwój kraju. Za najmniej udaną Rosjanie uważają jego działalność w takich obszarach, jak walka z korupcją i przestępczością i ograniczanie wpływu oligarchów. Swoją opinią o powodzeniach i niepowodzeniach « putinowskiego dziesięciolecia » w specjalnym komentarzu dla KM.RU podzielił się Wiceprezydent Centrum Politycznych Technologii, Siergiej Michiejew:

- Według mnie, jednym z zasadniczych konceptualnych osiągnięć Putina, nie wiem, świadomym czy nie (mam nadzieję, że świadomym), było zatrzymanie „wstecznictwa”, które dominowało w naszej polityce (przede wszystkim zewnętrznej) od końca lat. 80-tych. Lata 90-te były znamienne pod względem totalnego spadku pozycji pod każdym względem i jako rozpad kraju, co, ogólnie rzecz ujmując, w gruncie rzeczy wydaje się katastrofą geopolityczną zarówno w skali rosyjskiego państwa, jak i w skali globalnej. I skutkiem tego rozpadu był właśnie ów poważny spadek pozycji we wszelkich aspektach zewnętrznej polityki, najtrudniejsze problemy, związane z polityką wewnętrzną, z perspektywy separatyzmu i wewnętrznego społecznego sprzeciwu, który w 93-m roku spowodował rozpad parlamentu, krach, faktycznie, gospodarki, przy czym krach w znacznej mierze stymulowany sztucznie. Oczywiście były obiektywne przesłanki, ale wiele rzeczy zniszczono po prostu umyślnie albo na skutek zupełnego niezrozumienia sytuacji.

On częściowo rekonstruował tradycyjne podstawy rosyjskiej państwowości

Przy Putinie (dzięki niemu albo nie, ale ja sądzę – w znacznej mierze właśnie dzięki niemu) przynajmniej wstrzymaliśmy to staczanie się w dół. W aspekcie ideologicznym on przynajmniej częściowo rekonstruował tradycyjne podstawy rosyjskiej państwowości, które opierają się na pojmowaniu Rosji jako silnego, niezależnego i dużego państwa, które reprezentuje nie tylko po prostu kraj, ale kulturowo-historyczny fenomen, cywilizacyjny fenomen. Nie mogę powiedzieć, że to było dokonane w pełni, ale przynajmniej w porównaniu z końcem lat 80-tych i latami 90-tymi, z rządami „jelcyńskimi”, różnica absolutnie oczywista.

I mnie się wydaje, dokładnie to było przyczyną, że Putin otrzymał taki duży kredyt zaufania społecznego, którego  do tej pory nie utracił. Otóż dokładnie ta światopogladowa sprawa, dokładnie ta ideologiczna pozycja jawi się podstawą tego, dlaczego Putinowi ufają. Bo to nie ekonomiczne sukcesy stały się ową podstawą. Gdyż, jeśli wspomnieć 1999 rok i falę, na której wpłynął Putin do władzy, to wtedy sytuacja była bardzo krytyczna, po kryzysie finansowym w 1998 roku, i na tym tle Putina przyjmowali na początku przynamniej jako następcę zdecydowanie niepopularnego Jelcyna myślę, że to nie o ekonomicznych sukcesach należy mówić.

Putin wniósł bardzo poważny wkład w umocnienie wewnętrznej suwerenności

Druga rzecz, bardzo ważna – to operacja wojenna na Kaukazie. Tak, można mówić, że Kaukaz pozostaje gorącym punktem zapalnym, można mówić, że tamte problemy są nierozwiązane, tak i jest, ale to nie tyle z winy Putina, ile z winy tych, którzy tę sytuację w znacznym stopniu zaostrzyli. Przeprowadzając drugą czeczeńską kampanię i pokazawszy, że z separatystami można walczyć, i to walczyć z powodzeniem, i że sytuację tę można sprowadzić do kontrolowanego stanu, przynajmniej ukrócić aktywną bojową walkę, Putin również, jak mi się zdaje, wniósł bardzo poważny wkład w umocnienie wewnętrznej suwerenności, no i tym samym podniósł własną pozycję. To są dwie rzeczy, które bardzo pomagają mu utrzymywać się na powierzchni. No i jednocześnie to się nałożyło na poprawę gospodarczej koniunktury.

Ale widocznie nic w świecie nie bywa przypadkiem, wszystko jest ze sobą wzajemnie powiązane. Gospodarcza koniunktura pomogła nam wydostać się z dołka lat 90-tych i zacząć żyć trochę dostatniej, i na tym tle, ogólnie, jak dla mnie, zasługują na uwagę wysiłki Putina i jego zespołu w zakresie odrodzenia, albo przynajmniej próby odbudowania, niektórych branż rosyjskiej gospodarki, które swego czasu były naumyślnie zniszczone. Tak, próby te okazały się na razie niedoskonałe, na razie ograniczone, ale nastąpiło zrozumienie faktu, że bez własnego przemysłu lotniczego, bez własnych kosmicznych technologii, bez rozwoju własnej nauki, bez własnego przemysłu stoczniowego Rosja nie jest w stanie przetrwać.

Do Putina można mieć masę pretensji

Teraz możemy odnieść się do tego jak do rzeczy oczywistej, ale proszę sobie przypomnieć, w latach 90-tych, kiedy to bardzo poważnie mówiono nam, że nic nie trzeba robić, że wystarczy to, czym nas obdarzyła matka-natura, ot będziemy sprzedawać ropę naftową, wokół ropy będziemy budować taką serwisową gospodarkę, i wszystko będzie cudnie. Że oto w takiej roli maluczkich robaczków pięknie się zintegrujemy ze światową gospodarką i będziemy tak trwać wiecznie, i wszystko będzie dobrze. Przecież bardzo poważnie nam mówili takie rzeczy. A zmiana tego paradygmatu (no, ona jeszcze nie zakończona, a nawet jeszcze na dobre nie zaczęta) – to też, mi się wydaje, zasługa nazwijmy to tak - putinowskich czasów.

Chociaż, niewątpliwie, można mieć do niego wiele pretensji. W pierwszej kolejności to, że Putinowi nie udało się poradzić sobie z korupcją, która stała się, według mnie, jednym z podstawowych problemów dzisiejszego modelu władzy. Problem ten nie maleje, niestety, a co więcej nawet, przenikł wszystkie poziomy społeczeństwa z dołu do samej góry i, generalnie, nawet się powiększa. Na razie wszelkie próby walki z korupcją mają punktowy charakter, zamiast mieć naturę strategii. Choć można powiedzieć, że generalnie jest to problem tej klasy politycznej, która doszła do władzy w latach 90-tych. Chociaż Putin również do tej klasy należy, ale jednak w ramach tej klasy różni ludzie różnie się zachowują. Na pewno można jeszcze mu zarzucić wiele innych rzeczy, ale miejmy nadzieję,  że to dlatego, iż jesteśmy dopiero na początku drogi.

Źródło:  http://news.km.ru/pri_putine_my_priostanovili_skat


Бело-Красная Шапочка (Геоподлитическая сказка)
[info]interlokutor


Вот сказка, написанная с иронической презрительностью для Польши, хотя автор вероятно возразит.

Допускаю, что я в ошибке, но мне кажется еще, что она написанная тоже с печалей, будто автор жалелся.


Символики штаников мальчика в овраге мой орешек не сумел розшифровать. Поможет ли мне кто-ниудь?

 

Бело-Красная Шапочка (Геоподлитическая сказка)


Автор: rav48
Дата публикации: 02-08-2009
 

Часть 1. Текстиль и воздушные замки.

 

Давным-давно жила в одной деревне девочка. Однажды мама сшила ей шапочку, верхняя половина которой была белого цвета, а нижняя - красного. И соседи стали звать девочку Бело-Красная Шапочка. Чушь, скажете вы, что за странная идея - называть людей по цвету головного убора? Но в данном случае все было не так просто. Шапочка и вправду было очень красивая, девочка ею очень гордилась. А так как, скажем прямо, особенно гордиться ей больше было нечем, она все свои мысли посвящала этой шапке. 

Читать дальше
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Oto bajka, napisana z ironiczną pogardą dla Polski, choć zapewne autor zaprzeczy.

Dopuszczam, że się mylę, ale wydaje mi się również, że ona jest napisana także ze smutkiem, tak jakby autor miał żal.

 

Symboliki majtasów chłopca w wąwozie mój orzeszek nie dał rady rozszyfrować. Może ktoś mi pomoże?

 

Biało-Czerwony Kapturek (Bajka geopodlityczna)

 

Autor: rav48

Data publikacji: 02-08-2009


Część 1. Ciuszek i ulotne zamki

Dawno temu żyła w pewnej wsi dziewczynka. Któregoś dnia mama uszyła jej kapturek, którego górna połowa była w białym kolorze, a dolna w czerwonym. I od tego czasu sąsiedzi zaczęli nazywać ją Biało-Czerwonym Kapturkiem. Powiecie, że to głupota nazywać ludzi od kolorów nakrycia głowy? Ale w tym przypadku nie było to wszystko takie proste. Kapturek był istotnie bardzo ładny, dziewczynka z dumą go nosiła. I ponieważ, powiedzmy wprost, innych szczególnych powodów do dumy u niej nie było, tak też ona nieustannie całą swoją uwagę poświęcała owemu kapturkowi.

 

Dziewczynka lubiła wyjść na podwórze,  wdrapać się na stertę drewna, z której było widać całą wieś, usiąść tam i pomarzyć. Obrzucając wzrokiem okolicę od kałuży do kałuży, w myślach kolejno oceniała sąsiadów i dochodziła do wniosku, że żaden z nich nie posiada niczego tak ślicznego jak jej biało-czerwony kapturek. Czasem, zerkając to na swojego tatula, który cały oprószony słomą, krzątał się przy obórce, to na swoją mateczkę, która z trudem prała bieliznę w dużej balii, Biało-Czerwony Kapturek z powątpiewaniem przygryzała wargi. Rodzice zdawali jej się takimi samymi prostymi nędzarzami jak pozostali mieszkańcy wsi. A przecież ona była przeznaczona czemuś większemu.

 

Oczywiście, każdy wie o tym, że w niektóre dziewczęce puste główki czasami wiatr nawiewa sny o przepięknych książętach, białych rumakach i podobne rojenia. Ale w głowie Biało-Czerwonego Kapturka rozszalał się prawdziwy huragan z grzmotami i błyskawicami. Ona wyobrażała sobie wspaniałą sarmacką kawalerię, która ciągnąc na wojnę przechodziła przez ich wieś. Ona wyraźnie widziała w wyobraźni ich przystojnego dowódcę i jego żonę. Ich wyprawa miała być bardzo niebezpieczna, dlatego oni postanowili zostawić tutaj swoją córeczkę. Wezwali pierwszą z brzegu napotkaną parę wieśniaków, rzucili im mieszek złota, oddali dziewczynkę i rozkazali, aby, kiedy ona wyrośnie, rządziła tymi ziemiami, i że wszyscy tutejsi mieszkańcy winni są jej służyć.

 

Przy takich myślach piąstki Biało-Czerwonego kapturka zaciskały się. Ona z nienawiścią patrzyła ze swojej sterty drewna na swoich rodziców i domyślała się, że oni już dawno roztrwonili całe to złoto i dlatego ukrywają przed nią prawdę – jej pochodzenie, prawa i przywileje. Ot, taka to była dziewuszka…

 

Część 2. Droga i oświecenie

 

Pewnego razu napiekła mama ciasteczek, wezwała Biało-Czerwonego Kapturka i poprosiła ją, aby dziewczynka zaniosła ich babci, która mieszkała po drugiej stronie nie tak znowu małego lasu. Coś tam burcząc pod nosem o jucznych kobyłach, przetrąconych nogach i starych babkach, Biało-Czerwony Kapturek z wściekłością wyrwała koszyczek z matczynych rąk i powlokła się dróżką w stornę lasu.

 

Dzień był upalny, koszyk ciężki, a nastrój podły. „Garnuszek masła” – przedrzeźniała ona matkę. „Jej by tym garnuszkiem przyłożyć… Kiedy w końcu już ta babka zdechnie? Ot, taszcz jej tutaj …” Tak, skracając sobie czas takimi wdzięcznymi rozmyślaniami, Biało-Czerwony Kapturek dotarła do skraju lasu. „No dobra, jak w końcu babka wyciągnie kopyta, ja dostanę w spadku jej dom i cudny nocnik z czeskiego kryształu…”

 

„Kryształ!” To słowo nagle poraziło wszystkie zakamarki jej umysłu, od tego nasza śliczna dziewczynka z rozmachem siadła na pieńku. „Oto gdzie podziało się bogactwo moich prawdziwych rodziców! Kryształowy nocnik na pewno z tego, widocznie babka również przyłożyła do tego rękę. Oj ty stara… Wystarczająco długo trwoniłaś moje dziedzictwo, pora z tym skończyć.” Po czym wyjęła z koszyczka ciasteczko i zaczęła powoli w zadumie przeżuwać.

 

Część 3. Kompania

 

W chwili gdy już ostatnie ciasteczko znikało, w krzakach za sobą usłyszała szelest i na polance pojawił się wilk z dziwnymi czarnymi wąsikami i brunatną sierścią na chudych udach. Wilka zwali Adolfus i on był głodny. Oblekając mordę w przymilny uśmieszek począł boczkiem, boczkiem przysuwać się do Biało-Czerwonego Kapturka. Biegać mu się nie chciało, dlatego postanowił tak jakby nigdy nic podejść do niej jak najbliżej, na odległość jednego skoku. Ale zachowanie dziewczynki wilece go zaskoczyło – otóż zamiast zerwać się w panice ze swojego pieńka i z krzykiem uciec ścieżynką, ona wstała i ryknęła na całe gardło: „Wilku! Hej wilku! Chodźże tutaj!” i z niecierpliwością zamachała rękami jak sygnalista na tonącym statku.

 

- Adolfus, jeśli pozwolisz – podszedł do niej i przedstawił się grzecznie wilk.

- Nieważne – machnęła lekceważąco ręką Biało-Czerwony Kapturek – Nie jesteś głodny?

- Oczywiście, że jestem! – wilk był rozanielony, jeszcze nigdy dotychczas jedzenie nie lazło mu samo w paszczę.

- No to mam plan!

Dziewczynka zdecydowanym gestem złapała wilka za ucho i przyciągnąwszy do siebie o czymś mu szybko zaszeptała. Było słychać tylko niewielkie fragmenty: „… krótka ścieżynka … szarpnij za sznureczek … ja po drugiej ścieżce … babka tłusta, nie martw się!” Im dłużej jej wilk słuchał, tym szerzej się uśmiechał, kiwał głową i potakiwał „Ja, ja!” Dosłuchawszy do końca zakręcił z zadowoleniem ogonem i pośpieszył wskazaną drożynką. A Biało-Czerwony Kapturek z ociąganiem podniosła swój koszyczek, zerwała kwiatuszek i nie spiesząc się ruszyła drugą ścieżką. A po drodze nuciła: „Tra-la-la-la, mój nocniczek na mnie czeka!”

 

Część 4. Ups…
 

Na sercu Biało-Czerwonego Kapturka było lekko i radośnie. Wyobrażała sobie, jak ładnie będzie wyglądać załatwiając swoje potrzeby do nocnika z czeskiego kryształu. Kiedy w końcu te prostaki pojmą, kim ona naprawdę jest. Może nawet w tych nowych okolicznościach ona zmieni sobie imię…

 

Na końcu ścieżki pokazała się babcina chatka. Wokół panowała cisza jak makiem zasiał. Prawdopodobnie wilk uporał się już z kolacją i poszedł odetchnąć w swoim legowisku. Dziewczynka śmiało szarpnęła za sznureczek, drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, zapraszając ją do środka. Ups… Na łóżku leżał wilk dłubiąc małym palcem w zębach. „Willkommen, meine liebe!” – ożywił się wyraźnie Adolfus na widok dziewczynki i pomachał jej drugą łapą. Przez głową Biało-Czerwonego Kapturka przebiegły spostrzeżenia o dużych oczach, uszach. „Ale zęby to ona ma istotnie duuużee!”” – to ostatnie, co zdążyła zauważyć. „Witaj, babciu!”

 

Część 5. Ratunek

Wokół było ciemno, mokro i cuchnęło. Z zewnątrz słychać było donośne chrapanie, a od czasu do czasu kukał zegar, który wisiał nad łóżkiem. Najwyraźniej wilk donikąd się nie wybierał, ułożył się wygodnie na babcinym łóżku z twardym zamiarem strawić posiłek. „no to się wpakowałam!” – przemyśliwała Biało-Czerwony Kapturek. „A kryształowy nocnik na pewno ktoś sobie zawłaszczy…”

 

Nagle dał się słyszeć nowy szmer, kroki, głosy i w oczy Biało-Czerwonego Kapturka zaświeciło jasne światło latarki. „Wychodź, dziewczynko! My drwale, przechodziliśmy obok, zobaczyliśmy wilka… A to się porobiło!” Ktoś podał jej rękę, wyciągnął z wilczego brzuszyska. Kątem oka zauważyła, jak w ślad za nią wyciągają babcię, kładą ją na łóżku. I wtedy straciła przytomność.

 

Ocknęła się dopiero rankiem. Usiadła, obejrzała się dokładnie. A to dopiero było widowisko. Trzeba by jej się nazywać Mokro-Brudnym Kapturkiem. Jeden z drwali podszedł do niej, troskliwie wytarł jej buzię ręcznikiem. Biało-Czerwony Kapturek skrzywił się – od drwala zalatywało wódką. „U… Alkoholik!” – stwierdziła. „I jeszcze pcha się tu do mnie ze swoim ręcznikiem… Teraz pewnie sobie myśli, że powinnam być im wdzięczna po grób… Wszyscy oni alkoholicy, a siekiery mają zardzewiałe. Przecież oni mogli mnie uszkodzić, kiedy wyciągali mnie z wilczego brzucha. Jakbym się o to prosiła!”

 

- Dziewczynko, nie jesteś głodna? – zapytał ów drwal.

 

- To może… - odpowiedziała Biało-Czerwony Kapturek – dajcie mi ciasteczka!

 

- Przykro mi, ciasteczek nie mam. Ale weź gryczanej kaszy z tuszonką…

 

Kapturek wzięła talerzyk, łyżkę i zaczęła jeść. Przy czym, kiedy żuła, z grymasem niezadowolenia odwracała twarz do ściany. „Z okazji uwolnienia mnie mogli przygotować cokolwiek smaczniejszego.” Zjadłszy, burknęła na głos: „Proszę zabrać talerz!” i zaczęła zbierać się do domu. Przypomniawszy sobie, w jakim stanie znajduje się jej kapturek, ze zdziwieniem uniosła brew i zapytała: „A dlaczego nikt się nie domyślił, żeby mi wyprać kapturek w czasie, kiedy dochodziłam do siebie po tej tragedii?” Drwali odwrócili się do niej, szczęki im opadły. Najstarszy z nich zakaszlał w brodę i zapytał: „Dziewczynko, a ty nie powinnaś już iść do domu?” A potem dorzucił ledwie słyszalnie: „Idź, idź, kochana. Im dalej od grzechu tym lepiej…”

 

Część 6. Koniec drogi – nowy początek

 

Droga do domu była daleka, było więc też sporo czasu, żeby pomyśleć na tym, co się wydarzyło. A im dłużej Biało-Czerwony Kapturek myślała, tym bardziej w jej piersi kipiała wściekłość. Wyglądała okropnie, kapturek był zniszczony. Nocnik przepadł, to było jasne. Źle, że ona nie zainteresowała się, w jakim stanie jest babcia…

 

A jeszcze to drwalowe bydło może po całej wsi rozpaplać o tym, w jakiej ona znalazła się sytuacji i że oni ją ratowali! Ta myśl wywoływała u niej największe obrzydzenie. Ale w miarę jak zaczęła się uspokajać, w jej głowie rodził się plan. Trzeba rozpowiedzieć – stwierdziła – że drwale, otępiali od wódki, napadli na nią, siłą wywlekli z wilka, całą sponiewierali i w ogóle chcieli ją zmusić do seksualnej uległości. Dlatego mieszkańcy wioski nie powinni kupować u nich drewna. A jeszcze lepiej – powinni zabronić im wozić drewno na sprzedaż do miasta po drodze, biegnącej przez wieś. Sąsiedzi na wszelki wypadek powinni zerwać z nimi wszelkie kontakty. Wtedy i nikt się o niczym nie dowie…

A jeszcze można by znaleźć sobie mocnego opiekuna. Do takiej historii oni będą lecieć jak pszczoły do miodu, nic tylko przebierać wśród chętnych bronić prześliczną damę! Strzeżcie się, drwale! Mój opiekun wam pokaże, gdzie raki zimują. U licha, kapturek mój zupełnie…

 

Nagle zatrzymała się i utkwiła wzrok w poruszających się nieopodal krzakach. „Książę! Najprawdziwszy książę!” – wykrzyknęła widząc pulchnego chłopaczka, który odważnie próbował ukryć się w wąwozie przed przelatującym trzmielem. Chłopaczek miał czerwony krawacik. A jego tyłek, wystający z wąwozu, był obleczony w białe porcięta, haftowane w czerwone krzyżyki. Coś bliskiego i miłego było w tych barwach. I w tej wdzięcznej pozie…

 

„O, z nim może mnie spotkać coś interesującego…” – pomyślała Biało-Czerwony Kapturek i zdecydowanie skoczyła do wąwozu. A co potem, to już zupełnie inna historia…


Home